Historia III


Wielka wygrana


Rozdział 5 – Stary „kumpel”

Odpocznij… Heh łatwo powiedzieć. Oka nie zmrużyłem. Była to strasznie długa noc. Targały mną skrajne emocję od euforii spowodowanej uczuciem, że podjąłem dobrą decyzję, po paniczny strach, że znowu wszystko straciłem.
Nie dawały mi spokoju ostatnie słowa starca: „życie pisze scenariusze…”. Zawsze wierzyłem, że każdy jest kowalem własnego losu… Czym więcej o tym myślałem tym większe miałem wrażenie, że tak naprawdę nic o życiu nie wiemy. Jedno jest pewne, postawiony zostałem w niezwykle trudnej sytuacji. Ode mnie zależy, czy malutka Aneczka będzie żyła i na tym teraz należy się skupić!
Siedząc w domu, parząc na zegarek i obserwując uciekający czas nic nie zdziałam.
Trzeba wziąć się w garść! Obmyłem twarz w łazience zimną wodą, spojrzałem na swoje przekrwione ze zmęczenia oczy w odbiciu lustrzanym i mocno zacisnąłem pięści.
– Uratuje Ci życie Aneczko! Zwyciężę we wszystkim w czym będzie trzeba!!

Ubrałem się i mimo bardzo wczesnej godziny wybiegłem z domu.
„Nie mogę przegapić szansy na wygraną, nie mogę” – powtarzałem cały czas w myślach. Byłem gotowy przyjąć na klatę wszystko, co mi życie da. Będę dobry, pomocny, bowiem wierząc w karmę, wiedziałem, że dobroć zawsze powraca. Ja pomogę komuś, ktoś pomoże mi. Dam radę! Tak mi się niestety tylko wydawało, o czym przekonałem się już za rogiem bloku…

Z wielkim impetem wpadłem na człowieka, który z nisko opuszczoną głową, chwiejnym krokiem szedł od krawężnika do krawężnika.
Dźwięk pękającego szkła rozszedł się po okolicy.
– Niee! – Krzyknął nieznajomy próbując podnieść się z ziemi. – Moje winooo!
Kwaśny odór sfermentowanych owoc wydobywający się z jego ust zmieszany ze świeżo rozlanym siarkowym aromatem taniego alkoholu zmusił mnie do raptownego odwrócenia głowy. Odsunąłem się o kilka kroków zasłaniając ręką usta i nos. Patrzyłem jak bezradnie próbuje się podnieść. Jego kończyny odmawiały posłuszeństwa.
Patrząc na tą wielką walkę z samym sobą na mojej twarzy nagle pojawił się szeroki uśmiech. W kałuży rozlanego wina leżał mój stary ”kumpel” ze szkolnych lat. Ten sam, na którego natknąłem się w kolekturze pół roku temu, w sumie to wczoraj… Sam już nie wiem kiedy.

Nie ukrywam, że sprawiło mi nieziemską przyjemność widzieć go w takim stanie. Nienawidziłem go!
– Pomóż mi – jęknął, gdy jego łokieć docisnął do chodnika kawałek szkła butelki.
– A cóż to się stało Tomku, drogi przyjacielu, żeś się tak urządził pff? – Parsknąłem z pogardą nie spuszczając go z oczu. Chciałem ten widok zapamiętać do końca życia.
– Ale o soo ci chozzzi? – Wybełkotał.
– Potrzebujesz mojej pomocy? Teraz? Za te wszystkie lata! Za te wszystkie upokorzenia?
Patrzył na mnie mętnym wzrokiem robiąc taką minę, jak w ogóle nie rozumiał, kto i co do niego mówi.
– Leż sobie tak pijana świnio! Nie mam zamiaru marnować na ciebie nawet sekundy swojego czasu! – Odwróciłem się na pięcie i odszedłem.
– Proszę – usłyszałem w oddali jego głos. Nie odwróciłem się, kipiąc ze złości zniknąłem za rogiem bloku i usiadłem na pobliskiej ławce.

Nie myślałem teraz o swoich postanowieniach, o małej Aneczce, o zwyciężeniu… Mój umysł owładnęły wspomnienia z lat szkolnych. Miałem ochotę wrócić i jeszcze go opluć.
– O Boże!!! – Usłyszałem paniczny wrzask kobiety, który postawił na nogi całą okolice.
– Aaaaaa!! Jezuuu pomocy!! Ratunku!!! On nie żyje!!


Kontunuacja dodana przez FitElę

Znienawidzony kumpel

Już miałem się poderwać i pobiec w stronę skąd dobiegał krzyk kobiety, jednak przytrzymała mnie czyjaś dłoń.
– Teraz ruszasz z pomocą? – Usłyszałem glos starca – teraz mój drogi już za późno!
Odwróciłem pomału głowę bojąc się spojrzeć w jego twarz.
Spodziewałem się ujrzeć na niej wyrysowaną złość, a przynajmniej wielkie rozczarowanie.
Myliłem się, starzec uśmiechał się od ucha do ucha.
– Znowu schrzaniłem… Wiem, że źle zrobiłem. Nienawiść duszona przez tyle lat wygrała ze zdrowym rozsądkiem.
Starcowi trzęsły się uszy i miał zaciśnięte mocno usta, gdyż z wielkim trudem powstrzymywał się od wybuchu śmiechu.
– Takie to zabawne? – Zapytałem zdziwiony.
– Oj wybacz mój drogi, ale nieświadomie wybrałeś taką ścieżkę do zwycięstwa, że na samą myśl o tym, aż mi się płakać ze śmiechu chce.
– Nie rozumiem, o co Ci chodzi…
– Gdybyś pomógł temu podpitemu człowiekowi, miał byś dużo łatwiej. Odsunięty by został z Twojego życia, a tak to… Hmm no cóż. Będziecie mieli duuużo czasu, by naprawić relacje między sobą hehehe – Złapał się za brzuch rechocząc jak żaba – No już leć do niego mój drogi, leć ratować przyjaciela – otarł łzy z policzka i zniknął.

Z zamuły jaką złapałem wyrwał mnie ponowny krzyk kobiety:
– Raaaaaatunku!
To jakaś masakra… Pomyślałem i niezbyt chętnie ruszyłem w stronę skąd dobiegał krzyk.
No tak… Tak jak się spodziewałem w czerwonej kałuży rozlanego wina leżał mój „przyszły przyjaciel”, a nad nim biegała w kółko sąsiadka machając rękami. Była w takim szoku, że nie słyszała, jak „śmiertelnie ranny” człowiek głośno chrapie.
– Niech się pani uspokoi! Nic mu nie jest!
– O Boże niech go pan ratuje, o Boże ratuuuuunku!
– Spokojnie, to nie krew, to wino! Zaraz go obudzę.
Darła mi się do ucha w ogóle nie słuchając, co do niej mówię.
– Wstawaj – poklepałem pijanego po twarzy, starając się go obudzić – wstawaj do jasnej cholery, bo zaraz zleci się tu cala dzielnica!
– Alee o soo chooozzi…? – Wymruczał nie otwierając nawet oczu.
– Wstawaj zaprowadzę cię do domu! Gdzie mieszkasz?
– Nieee mam domu…
Szarpnąłem go za kapotę, jednak postawienie do pionu było nie lada wyzwaniem. Sąsiadka widząc, że poszkodowany żyje, trochę się uspokoiła i po moich zapewnieniach, ze wszystko jest pod kontrolą, że się nim zaopiekuje, kręcąc nosem z niezadowolenia, ze nie jest już potrzebna, zniknęła za rogiem.

Kwadrant zajęło nam pokonanie 50 metrów i kilkunastu schodków. Nie miałem wyjścia, nie mogłem go drugi raz zostawić. Zabrałem go do domu, licząc, że jak pośpi i wytrzeźwieje, to pójdzie do siebie i da mi święty spokój.
Niestety…
Gdy rano wstał, okazało się, że dalej nic nie pamięta…


Podoba Ci się ta kontynuacja historii? Oceń i pokaż swoim znajomym.
[ratings]

[shareaholic app=”share_buttons” id=”15199868″]


Komentarze